My body is a cage



Mam dość. Nie mam już siły. Zaraz minie rok od momentu, w którym zamknęłam białe drzwi za sobą i usiadłam w poczekalni obok niego. 30 grudnia. W ręku trzymałam wyniki. Bolało do granic, choć nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Pamiętam tę chwilę dokładnie. Zobojętnienie i pustkę, a potem narastające przerażenie i łzy. Kolejne tygodnie to było odwlekanie wizyt, uciekanie od problemu. Udawanie, że jest w porządku. Nie było. Wystarczyła błahostka, aby wszystkie złe myśli wracały i zalewały każdą komórkę ciała paraliżującym smutkiem. Miesiące wypełnione tylko kolejnymi wizytami, kolejnymi lekarzami, kolejnymi badaniami. Przed każdą wizytą nadzieja, że jednak to nie to. Po każdej wizycie, gdy w ręku trzymałam te same wyniki, żal i wściekłość.

Nie zmienię tego. Ale też nigdy się z tym nie pogodzę. Bo to jedyna rzecz na jaką nie mam wpływu. Jedyna, na jaką wpływ chciałabym mieć.

It's been a long time, since I've seen your smile


Lubię tak. Sobotni wieczór, słodkie nieróbstwo. Plecy mam oparte na stercie poduszek. Włosy mam spięte na czubku głowy. Kraciaste flanelowe spodnie, ciepły sweter i dwa koce dają odpowiednią warstwę termoizolacyjną. W. właśnie zerka na mnie znad Susan Sontag. Przygląda mi się dłuższą chwilę. Wyglądamy pewnie zabawnie, bo on dla kontrastu leży rozwalony w bokserkach i cienkiej koszulce z długim rękawem. Zawsze mu gorąco! O. Właśnie zerka mi przez ramię. Czyta. Śmieje się i złości, że natychmiast mam skasować opis jego niewyjściowego outfitu. Nie ma cenzury! On mówi, że tego pożałuję. 

by W.

Żadne z nas nie jest dziś w formie. Ja po pracy, a W. zmęczony nic nie robieniem. Zalegamy więc na łóżku i oglądamy kolejne filmy zajadając się resztkami wczorajszego makaronu ze szpinakiem. Pijemy drugą butelkę wina. Śmiejemy się i gadamy o bzdurach. W przerwach milczymy i słuchamy Beirutu, próbując odczarować niektóre piosenki ze wspomnień. W. całe popołudnie robi mi zdjęcia, zafascynowany "strusim" wyglądem. Lubi skupiać się na szczegółach, dlatego 90 procent dzisiejszych fotografii to obrazki moich ust, uszu i kolczyków. Troszkę się denerwuję. Bo jeszcze jak weszłam, to być może wyglądałam schludnie. Teraz za to jestem co najmniej niewyjściowa, a na dodatek w okularach, które z założenia są tematem zakazanym! Lubimy się przekomarzać, dokuczać sobie, walczyć o dominację na youtube. Dziś powiedział mi, że pierwszy raz zauważył, że przy oku mam takie trzy pieprzyki, które układają się w trójkącik. W nagrodę dostał poduszką.

Już sama nie umiem określić, ile się znamy. Całą wieczność. Tak mi się wydaje. Były wzloty, były upadki, długie rozstania i trudne powroty. Właśnie dlatego wiem, że tym razem też tak się stanie. Trochę chyba teraz próbujemy nadrabiać ten czas na zapas. Nie mówimy głośno, że lada dzień go nie będzie. Bilet już jest. Ale udajemy, że nie ma. Po cichu zaklinam rzeczywistość licząc, że może zostanie. Z drugiej strony jednak chcę dla niego jak najlepiej i wiem, że tam "hen daleko" to krok na przód. Wypełniają mnie pokłady zrozumienia dla faktu, że go tu nie będzie. Dobrze! Tak naprawdę nie umiem znieść tej myśli! Jest dla mnie kimś bliskim, jedną z dwóch niespokrewnionych ze mną osób, przy których nigdy nie wstydziłam się być sobą, tego jak wyglądam, co robię, o czym marzę. Dlatego paraliżuje mnie strach przed tym rozstaniem. Nie będę mogła zadzwonić w środku nocy z pytaniem czy mogę przyjechać. Nie przyjedzie już do pracy po mnie. Znów czuję pustkę i ucisk w żołądku. Taki sam, jak ostatnio. 

Czuję się tak, jakby ktoś znów zabierał mi  jakąś cząstkę, tego co składa się na to, jaka jestem. Ciężko mi komukolwiek zaufać, ale gdy ktoś staje się dla mnie bliski, staje się równocześnie częścią mnie. Właśnie dlatego choć się do tego nie przyznaję, mam wrażenie jakby ktoś mnie oszukał, jakby los znów ze mnie zadrwił. Odchodzą ludzie dla mnie najważniejsi. W. jest w tym niewielkim gronie. Nie mam do niego żalu. Czuję złość na cały świat, że tak się dzieje. W. jest oparciem. Bratem, którego nie miałam. Może czas stanąć na nogi? W. mówi, że już stoję, ale dla mnie to stanie jest jeszcze niepewne. Jestem jeszcze odrętwiała. Czułam się bezpieczniej, wiedząc, że jest w pobliżu. Teraz go nie będzie i zastanawiam się, czy ktoś mnie złapie, gdy się potknę? Z drugiej strony są ludzie niezastąpieni. A wydarzenia ostatnich miesięcy sprawiły, że wolę trzymać się na dystans i nie chcę się przywiązywać do nikogo. Bo w końcu i tak ktoś znika, a ja zostaję sama. 

Pojawiło się pytanie, z kim będę spędzała takie wieczory filmowe? To nasza dość świeża, cotygodniowa tradycja, która zaraz dobiegnie końca. W. karze mi napisać, że będziemy spędzać jeden wieczór w tygodniu on-line. To znaczy, że będziemy siedzieć na skype i oglądać ten sam film. Będziemy jeść lody czekoladowe grycana (tzn. ja będę jeść grycana, a on będzie udawał, że tamtejszy wyrób czekolado-podobny to też grycan). Taką mamy umowę. I nie ma możliwości odstąpienia od niej. Możemy ewentualnie dorzucić jakiś aneks. Umowę przypieczętowaliśmy właśnie dzieląc się ostatnią łyżką lodów. 

W. mówi, że minęło dużo czasu, zanim zaczęłam się znów uśmiechać. Grozi mi paluchem, że tym razem mam zakaz smucenia i jak tylko przyłapie mnie na smuteczkach, to przyleci i skopie mi te moje chude cztery litery. A teraz również szantażuje mnie publikacją (gdyby poprzednia groźba nie zadziałała) dzisiejszych zdjęć w okularach. Właściwie, to chętnie pozbędę się tego zdrajcy! Może ktoś kupi? 



a tu dla porównania mój dzisiejszy autoportret






Something to talk about

Piotrek Andrews był dla mnie inspiracją od zawsze. Już jako mały szczyl słyszałam od mojego ojczyma, o takim Piotrku, co jeździ po świecie i robi zdjęcia zabijanym ludziom. Gdy podrosłam, dorwałam się do płyty, na której znalazły się zdjęcia z wystawy Piotra. Wtedy poczułam pierwszy raz, że to co on robi jest ważne. Oglądałam kolejne fotografie i gdy dotarłam do zdjęcia przedstawiającego starszego mężczyznę stojącego po środku ulicy w Sarajewie, zaraz po wybuchu bomby, wyłączyłam płytę. To był prosty kadr. Rozrzucone ciała, ulica, słońce i ten samotny mężczyzna. To mnie uderzyło.

Pewnie gdzieś po drodze zaczęłam go idealizować. Jednak nie zmienia to faktu, że jego zdjęcia są niepodrabialne, zakurzone, pachnące dymem. Jest dla mnie genialny w tym co robi, patetyczny i dostojny, onieśmielający, a jednocześnie zdaje się ciepły i czuły. Taki obraz nie przystaje do mojego wyidealizowanego wyobrażenia o fotografie wojennym, który z zimną krwią pokazuje śmierć i ból, który wyzwala migawkę, gdy dookoła giną ludzie, który nie pochyla się nad pojedynczym cierpieniem, tylko dokumentuje okrucieństwo jako zjawisko. Zawsze, będąc do bólu emocjonalną osobą, miałam go za niedościgniony ideał. Pociągała mnie fotografia wojenna i to co może nieść za sobą, jej przekaz. Z ciekawości świata zrodziła się miłość do dokumentu i reportażu pisanego, literackiego. Kolejnym krokiem było zwrócenie się w stronę fotoreportażu wojennego, gdy w ogóle fotografia pojawiła się w moim życiu.

Zabawne więc i przewrotne, jest to co spotkało mnie ostatnio na jednym z wernisaży. Zwłaszcza w świetle ostatnich rozmów i tego, że J. wrzucił mu moją osobę na tapetę. Tak po prostu. A on się zainteresował. Nie mógł wiedzieć jak wyglądam.

Stoję w tłumie ludzi w ogromnym postindustrialnym pomieszczeniu. Podziemie budynku pęka w szwach. Wszędzie dookoła znane twarze, ludzie mniej lub bardziej kojarzący się ze światkiem fotograficznym. Warszawski sosik i przybijanie piątek. Dziesiątki ludzi przelatują wzrokiem po zdjęciach, zwykle nawet nie zatrzymując się na dłużej przy żadnym. Odklepać i wyjść. Ja moim zwyczajem oglądam powoli i dokładnie, nie spiesząc się. Podpatruję. W tym ludzkim mrowisku gubię gdzieś G. Wchodzę więc na górę. Szukam jej wzrokiem. W tym miejscu zaczyna się pastisz na moje życie. Zaczepia mnie mężczyzna  w okularach - na oko koło pięćdziesiątki. O coś pyta, ale nie potrafi skleić zdania, jąka się powtarza. Nachylam się z durną miną, zbita z tropu, bo nie rozumiem, o co mu chodzi. W końcu zaczyna się śmiać, patrzy w bok, pyta : "Masz już??". Podążam wzrokiem za nim. Dostrzegam mężczyznę z aparatem. Stoi może metr ode mnie, jego twarz zasłania body, naciska migawkę nieskrępowany moim zmieszaniem. Znajomi dookoła się śmieją. Ja zbita z tropu, zażenowana, rumienie się. Dałam się wkręcić. Uśmiecham się łagodnie, patrząc w obiektyw i czekam aż skończy. Kobieta, która stoi obok, wybucha śmiechem, gdy pytam czy "ma". Mężczyzna opuszcza aparat i przegląda zdjęcia, by chwilę potem spojrzeć na mnie i powiedzieć, że może chociaż jedno wyszło, bo trzęsły mu się ręce. Obdarza mnie szczerym uśmiechem. Dziękuję i odchodzę.

Gdy pół godziny później opowiadam G. tę historię, pyta który to. Odwracam się i szukam go w tłumie. Dostrzegam mężczyznę od aparatu. Ma kurtkę z wielkim napisem Reuters. Dostrzegam jak jest wysoki, dostrzegam ogoloną głowę. Mózg zaczyna łączyć fakty. Stoję oniemiała. Serce zaczyna bić szybciej. Teraz mi trzęsą się ręce. Piotrek Andrews właśnie zrobił mi zdjęcia, a ja go nie poznałam i odeszłam zażenowana. Nie mogło być inaczej. Life is such a bitch. A ja jestem (jak to kiedyś określił W.) "chodzącym pierdolnikiem".



Street Photography Now 19.11.2011; photo by Piotr Andrews

Such a long time


Ogrom wernisaży, wystaw, spotkań autorskich, na których miałam okazję być w listopadzie (zaczynając od TIFFu we Wrocławiu), troszkę mnie przytłoczył. Miałam chwilami wrażenie, jakby wszystkie widziane obrazy, zdjęcia i grafiki, zlały mi się w całość. Przestałam już rozróżniać, które zdjęcia widziałam, w której galerii, z kim tam byłam. Pamiętałam tylko obrazy, pojedyncze fotografie wiszące na ścianach. Czasem w ramach, czasem przyklejone do drzwi windy, innym razem leżące na podłodze lub przymocowane do krat. Te godne zapamiętania utkwiły w pamięci (niekoniecznie połączone z nazwiskami) na tyle mocno, że systematycznie do nich wracam. 

Listopad zaraz się kończy, a ja jestem lekko zdziwiona. Nagle, nie wiedzieć czemu, fotografia wysunęła się na pierwszy plan. Zawsze mnie interesowała, zawsze lubiłam oglądać zdjęcia, w pewnym momencie potrafiłam godzinami grzebać w internecie szukając klatek i ujęć. Nie bez znaczenia jest fakt, że miałam tę fotografię na co dzień, że żyłam z F., dla którego zdjęcia były ważną częścią życia. Potem pojawił się pomysł, by te zdjęcia robić, a nie być tylko biernym obserwatorem lub ich bohaterem. Najpierw na wakacjach, potem strzelane z łokcia na mieście starym radzieckim fedem. Wszystko to jednak nadal było tylko wycinkiem, jakimś zainteresowaniem, na pewno nie było pasją. Decyzja o studiach fotograficznych była też spontaniczna, niekoniecznie przemyślana. Wydawało mi się to ciekawsze od politologii, stosunków międzynarodowych, miałam nadzieję, że dzięki temu po prostu zyskam twórczo, będę chcąc-nie chcąc miała kontakt ze sztuką. Nie chodziło o naukę, o fach. Czysto pragmatyczny krok, by zrobić magistra. I tak oto znalazłam się na studiach, z których nie wyniosę wiele. Jednak kontakt z fotografią mam, nagle jestem zmuszana do myślenia o kadrach, do robienia zdjęć, projektów. Tym oto sposobem spędzam godziny w galeriach, na spotkaniach autorskich, mając aparat prawie zawsze w torebce (nigdy nie mam go, gdy naprawdę jest potrzebny). Nie oznacza to absolutnie rozstania z pisaniem. Fotografia zawsze będzie dodatkiem do dokumentu, reportażu.


Wszystko to plus doświadczenia osobiste sprawiły, że zrodziło się w mojej głowie milion pomysłów. Małych i dużych. Dotyczących fotografii, pisania i wyjazdów. Pojawił się realny plan na studia hen daleko. Jest też opcja pracy całkiem niegłupiej, jak dobrze pójdzie. Eksplozja twórcza sprawia, że zapisuję niezliczone strony w notesie, w każdym możliwym miejscu. W. śmieje się, że przeżywam erekcję twórczą, choć jestem kobietą. Ja za to pierwszy raz czuję, że mogę, jestem w stanie, że nauczę się. Przy tym wszystkim jednak wolę się nie nastawiać, zachowuję dystans i trzeźwość umysłu, mając świadomość, że wszystko i tak ułoży się po swojemu. Powoli, choć nie bez komplikacji, życie zsuwa się na odpowiednie tory.

Jest mi dobrze. Wszystko jest świeże. Powietrze jest zimne. Biorę głęboki wdech. Chyba czas nauczyć się pływać.

CSW


KARA WALKER


DROOG DESIGN / CSW






STREET PHOTOGRAPHY NOW 


Światek Wojtkowiak  i znudzenie fotografią uliczną. Wielki plus za szczerość,  styl bycia i zdrowe podejście do tego co robi!















Rest in peace

"Odwraca głowę i nie chce patrzeć. Bo gdy patrzy wracają ciepłe wspomnienia. A on chce wierzyć, że ich nie ma. Woli pielęgnować w sobie złość, pogardę i arogancję dla wszystkiego co się z Nią wiązało. Woli myśleć, że było nie do zniesienia. Nie chce o Niej myśleć. Jednak Ona jest i nie potrafi wyrzucić jej z głowy. Wyciąga wtedy na wierzch chwile złe, podciąga kontrast, nasyca kolory. Była najgorsza. Jak mógł ją kochać? Taka okrutną, zimną, toksyczną? Wtedy mu jakoś lżej, lepiej. Wtedy wkłada buty, kurtkę i idzie spotkać się z ludźmi, którymi wypełnił pustkę po niej. Nie chce siedzieć w domu, słuchać muzyki ani przebywać w miejscach, w których ją kochał. Planuje projekty, czyta, śmieje się, pije. Mówi, że mu dobrze. Jest mu dobrze. Bo zapomina. Wymazuje z pamięci tę część życia, w której był najszczęśliwszy. Wymazuje szacunek do osoby, która była mu bliższa niż on sam. Bał się tej bliskości i nie chce pamiętać, że się poddał. Nie umie przyznać się do popełnionych błędów. Nie potrafi myśleć o niej ciepło, traktować jej normalnie. Bo wtedy boi się, że zobaczy tę osobę. Którą Ona jest naprawdę. On woli widzieć potwora. Udowadniać sobie, że to był koszmar, że Ona jest złą osobą. Że nie jest piękna. Że nie jest mądra. Że nie jest wrażliwa. Że wcale jej nie skrzywdził. Że nie była bezbronna. I że nie próbowała. Prościej jest z nią nie rozmawiać, nie widywać się, nie czuć jej zapachu, nie patrzeć jej w oczy, nie śmiać się z nią. Łatwiej jest nie myśleć. Nie słyszeć pytań. "Dlaczego skoro była taka okropna, byłeś z nią, wracałeś do niej, chciałeś jej? Dlaczego nie odszedłeś, skoro nie kochałeś?". Milczy. Nie zna odpowiedzi. Woli nie spędzać z nią czasu, odpychać ją, niszczyć, bo wtedy minimalizuje szanse, że przez tę straszną powłokę, przebije się to wszystko, co w niej kochał. Bo gdyby ona faktycznie zniszczyła mu życie, czy by nie odszedł? A odszedł na długo przed tym, gdy pojawił się na ekranie napis "The End". Potem tylko grał. Czekał. Testował. A gdy znudziła mu się dorosłość, rzucił w kąt wspomnienia o miłości i napisał kredą na chodniku pod jej oknem "ONA jest GUPIA". 

Ona jest. Po prostu. Oddycha, je, przygląda się. Kiedyś płakała. Nie rozumiała, że demonizując ją, łatwiej mu odejść, że to sposób usprawiedliwienia. Chciała się przyjaźnić, być blisko, pomagać sobie.  Wyciągała rękę. Prosiła. Błagała. Pytała. Ale już nie pyta, bo On i tak ucieknie od odpowiedzi.  Przygląda się, ale milczy i nie zbliża, bo nie ma siły na ciąg oskarżeń i ataków.  Każdy jej gest, każde słowo jest z zasady złe, bo Ona na pewno nie ma czystych intencji. Wszystko jest jej winą, wszystko jest wymierzone przeciw niemu. Tak On myśli. Nie dostrzega, że walczyła, bo był dla niej ważną osobą w jej życiu. Nie chciał widzieć, że był najbliższy, że troszczyła się i chciała mieć w nim przyjaciela. Bo mogli kiedyś gadać, śmiać się, wychodzić. I wtedy cieszyło to ich oboje. Teraz Ona stoi i smuci się widząc jak On się szarpie. Jak przekręca każde jej słowo. Jak ją odpycha, jak robi wyrzuty, nawet gdy ona milczy. Jak w każdym wypowiadanym słowie próbuje ją zranić, jak nią pomiata, jak gardzi tym uczuciem, które ich połączyło. A Ona chciałaby normalnie. Jak kiedyś. On nie potrafi. Może ze strachu. Ona to akceptuje, właściwie nie przejmuje się tym już więcej. A jednak czasem, gdy patrzy na niego, robi jej się bezgranicznie źle. Potwór, którego sobie wyimaginował i dokleił mu jej twarz, siedzi w nim. Chciałaby mu pomóc. Ale nie pomoże. To nie jej sprawa. A i On odrzuciłby wyciągniętą rękę, bo to nie On ma przecież problem. Zamknęła ten rozdział. On go nie zamknął, choć udowadnia sobie i całemu światu, że jest inaczej. Nie będzie inaczej. Ona potrzebowała czasu, lecz potrafiła odejść bez winienia Go za wszystko. On natomiast nie potrafił odejść i przestać kochać, tak po prostu. Normalnie. Potrzebował zniszczyć każde wspomnienie, każdą rzecz, którą w niej kochał, by stanąć i móc powiedzieć "jesteś nikim".

Ona potrafiłaby podejść, powiedzieć, że jej przykro. Przytulić. Powiedzieć 'przepraszam' i 'wybaczam'. Wznieść się ponad to. 
On nie umie podejść. Nie chce jej przytulić ze strachu. Nie potrafi spojrzeć jej w oczy i powiedzieć 'przepraszam', ani 'wybaczam'.

Jej spokój. Jej akceptacja. Jej świadomość, że On jest teraz kimś zupełnie obcym. Że nie jest już nikim szczególnym. To właśnie dało jej wolność. Za ten stan rzeczy On może winić tylko siebie. Ona nie szukała sztucznych powodów. Nie próbowała znienawidzić. Chciała nauczyć się żyć obok siebie. Bo ludzie nie stają się sobie tak bliscy bez powodu. Bliskość nie mija, gdy związek się kończy. 
On jednak wolał ją mieć daleko. Trzymać na dystans, bojąc się swoich uczuć i tego co czuł i mógłby znów poczuć. Jego pogoń za szczęściem i wolnością to gra z samym sobą i ze światem. Próba udowodnienia, ile jest wart. Szukanie aplauzu u innych.


Jego stosunek do niej jest świadectwem jego słabości
Ona była słaba.
On jest słaby.


Raniła ją jego postawa, jego niesprawiedliwe oceny.
Gdyby była taka, jak ją przedstawia, nigdy by z nią nie był.

Nienawiść go napędza. Może to niezdrowe. Ale jeśli to pozwala mu iść do przodu, to jej pozostaje się tylko cieszyć. Bo ona zawsze będzie myślała o nim ciepło, jako o człowieku, którego kiedyś bardzo kochała. Ona nie czuje złości. Jest jest smutno, że tak niesprawiedliwe ją ocenia, dla własnej wygody. Chciałaby, by był szczęśliwy. Chciałaby, by przestał uciekać przed samym sobą, przed tym czego bał się na długo przed tym, gdy Ona pojawiła się w jego życiu. Pogarda to ucieczka od tęsknoty.

Była całym jego światem. Chciał być całym swoim światem. 

Nigdy z tym się nie pogodził. 
Nigdy się z tym nie pogodzi. 
Nigdy z tym się nie pogodzą.

Może kiedyś spotkają się na ulicy. Porozmawiają. A potem pożegnają i wrócą do swoich spraw. A na pożegnanie, On poda jej rękę i przeprosi. Pogodzą się i ciężar opadnie.  Ona ma czasem taką nadzieję. Nadzieja matką głupich. Wie, że to nigdy nie nastąpi. Ale nadzieja umiera ostatnia."

Przepisane. Bardzo realne. Bardzo fikcyjne.

Human skin can be hard to live in


































Kilka ostatnich tygodni to pasmo dziwnych zdarzeń. Oniryczne, wyblakłe, intensywne, a z drugiej strony beznamiętne dni. Wyjechałam, wróciłam. Robi się coraz zimniej. Dzieje się dużo, niewiele się zmienia. Ludzie przychodzą i odchodzą. Ja trwam skostniała. Nie potrafię udobruchać przeszłości, a przyszłości się boję. Teraźniejszość jest chwilą. Dni szybko się kończą, noce trwają bez końca. Alkohol skrapla się w wydychanym powietrzu, gdy temperatura o czwartej nad ranem spada poniżej zera. Przestaje mi zależeć. Zaczyna mi zależeć. Nie wiem czego chcę i nie zastanawiam się nad tym. Jeżdżę nocnymi autobusami, chodzę pustymi parkami o zmroku, późno się kładę, wstaję wcześnie. Granice się zacierają. Jestem senna. Oglądam niezliczone ilości wystaw. Chodzę na koncerty. Czasem sama, niekiedy w towarzystwie. Bywa, że siadam bezczynnie, gdzieś na uboczu i obserwuję ludzi. Sporo piszę. Jeszcze więcej czytam. Robię za dużo zdjęć. Ciągle marznę. Mało tęsknię za ludźmi, bardzo tęsknię za byciem w drodze. Jem nieregularnie, właściwie nie jem. Piję za dużo kawy i za dużo piwa. Co tydzień chodzę do kina. Opuszczam zajęcia. Nadal nie ogarniam photoshop'a. Odnajduję rutynę w nieplanowanych działaniach. Bardzo nie ogarniam tego co się dzieje wokół mnie. Przeprowadzam trudne rozmowy. Gadam o głupotach. Uciekam. Wracam. Sprawy z pozoru nieważne stają się ważne. Rzeczy najważniejsze przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Jesień w głowie. Przynajmniej nie pada.

Boli mnie gardło.

All we need is love

Tak w opozycji do tego co widzimy w mediach wszelakich. A mogło być tak pięknie!
Antifa Niepodległa Kolorowa