Lubię tak. Sobotni wieczór, słodkie nieróbstwo. Plecy mam oparte na stercie poduszek. Włosy mam spięte na czubku głowy. Kraciaste flanelowe spodnie, ciepły sweter i dwa koce dają odpowiednią warstwę termoizolacyjną. W. właśnie zerka na mnie znad Susan Sontag. Przygląda mi się dłuższą chwilę. Wyglądamy pewnie zabawnie, bo on dla kontrastu leży rozwalony w bokserkach i cienkiej koszulce z długim rękawem. Zawsze mu gorąco! O. Właśnie zerka mi przez ramię. Czyta. Śmieje się i złości, że natychmiast mam skasować opis jego niewyjściowego outfitu. Nie ma cenzury! On mówi, że tego pożałuję.
![]() |
| by W. |
Żadne z nas nie jest dziś w formie. Ja po pracy, a W. zmęczony nic nie robieniem. Zalegamy więc na łóżku i oglądamy kolejne filmy zajadając się resztkami wczorajszego makaronu ze szpinakiem. Pijemy drugą butelkę wina. Śmiejemy się i gadamy o bzdurach. W przerwach milczymy i słuchamy Beirutu, próbując odczarować niektóre piosenki ze wspomnień. W. całe popołudnie robi mi zdjęcia, zafascynowany "strusim" wyglądem. Lubi skupiać się na szczegółach, dlatego 90 procent dzisiejszych fotografii to obrazki moich ust, uszu i kolczyków. Troszkę się denerwuję. Bo jeszcze jak weszłam, to być może wyglądałam schludnie. Teraz za to jestem co najmniej niewyjściowa, a na dodatek w okularach, które z założenia są tematem zakazanym! Lubimy się przekomarzać, dokuczać sobie, walczyć o dominację na youtube. Dziś powiedział mi, że pierwszy raz zauważył, że przy oku mam takie trzy pieprzyki, które układają się w trójkącik. W nagrodę dostał poduszką.
Już sama nie umiem określić, ile się znamy. Całą wieczność. Tak mi się wydaje. Były wzloty, były upadki, długie rozstania i trudne powroty. Właśnie dlatego wiem, że tym razem też tak się stanie. Trochę chyba teraz próbujemy nadrabiać ten czas na zapas. Nie mówimy głośno, że lada dzień go nie będzie. Bilet już jest. Ale udajemy, że nie ma. Po cichu zaklinam rzeczywistość licząc, że może zostanie. Z drugiej strony jednak chcę dla niego jak najlepiej i wiem, że tam "hen daleko" to krok na przód. Wypełniają mnie pokłady zrozumienia dla faktu, że go tu nie będzie. Dobrze! Tak naprawdę nie umiem znieść tej myśli! Jest dla mnie kimś bliskim, jedną z dwóch niespokrewnionych ze mną osób, przy których nigdy nie wstydziłam się być sobą, tego jak wyglądam, co robię, o czym marzę. Dlatego paraliżuje mnie strach przed tym rozstaniem. Nie będę mogła zadzwonić w środku nocy z pytaniem czy mogę przyjechać. Nie przyjedzie już do pracy po mnie. Znów czuję pustkę i ucisk w żołądku. Taki sam, jak ostatnio.
Czuję się tak, jakby ktoś znów zabierał mi jakąś cząstkę, tego co składa się na to, jaka jestem. Ciężko mi komukolwiek zaufać, ale gdy ktoś staje się dla mnie bliski, staje się równocześnie częścią mnie. Właśnie dlatego choć się do tego nie przyznaję, mam wrażenie jakby ktoś mnie oszukał, jakby los znów ze mnie zadrwił. Odchodzą ludzie dla mnie najważniejsi. W. jest w tym niewielkim gronie. Nie mam do niego żalu. Czuję złość na cały świat, że tak się dzieje. W. jest oparciem. Bratem, którego nie miałam. Może czas stanąć na nogi? W. mówi, że już stoję, ale dla mnie to stanie jest jeszcze niepewne. Jestem jeszcze odrętwiała. Czułam się bezpieczniej, wiedząc, że jest w pobliżu. Teraz go nie będzie i zastanawiam się, czy ktoś mnie złapie, gdy się potknę? Z drugiej strony są ludzie niezastąpieni. A wydarzenia ostatnich miesięcy sprawiły, że wolę trzymać się na dystans i nie chcę się przywiązywać do nikogo. Bo w końcu i tak ktoś znika, a ja zostaję sama.
Pojawiło się pytanie, z kim będę spędzała takie wieczory filmowe? To nasza dość świeża, cotygodniowa tradycja, która zaraz dobiegnie końca. W. karze mi napisać, że będziemy spędzać jeden wieczór w tygodniu on-line. To znaczy, że będziemy siedzieć na skype i oglądać ten sam film. Będziemy jeść lody czekoladowe grycana (tzn. ja będę jeść grycana, a on będzie udawał, że tamtejszy wyrób czekolado-podobny to też grycan). Taką mamy umowę. I nie ma możliwości odstąpienia od niej. Możemy ewentualnie dorzucić jakiś aneks. Umowę przypieczętowaliśmy właśnie dzieląc się ostatnią łyżką lodów.
W. mówi, że minęło dużo czasu, zanim zaczęłam się znów uśmiechać. Grozi mi paluchem, że tym razem mam zakaz smucenia i jak tylko przyłapie mnie na smuteczkach, to przyleci i skopie mi te moje chude cztery litery. A teraz również szantażuje mnie publikacją (gdyby poprzednia groźba nie zadziałała) dzisiejszych zdjęć w okularach. Właściwie, to chętnie pozbędę się tego zdrajcy! Może ktoś kupi?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz