Human skin can be hard to live in


































Kilka ostatnich tygodni to pasmo dziwnych zdarzeń. Oniryczne, wyblakłe, intensywne, a z drugiej strony beznamiętne dni. Wyjechałam, wróciłam. Robi się coraz zimniej. Dzieje się dużo, niewiele się zmienia. Ludzie przychodzą i odchodzą. Ja trwam skostniała. Nie potrafię udobruchać przeszłości, a przyszłości się boję. Teraźniejszość jest chwilą. Dni szybko się kończą, noce trwają bez końca. Alkohol skrapla się w wydychanym powietrzu, gdy temperatura o czwartej nad ranem spada poniżej zera. Przestaje mi zależeć. Zaczyna mi zależeć. Nie wiem czego chcę i nie zastanawiam się nad tym. Jeżdżę nocnymi autobusami, chodzę pustymi parkami o zmroku, późno się kładę, wstaję wcześnie. Granice się zacierają. Jestem senna. Oglądam niezliczone ilości wystaw. Chodzę na koncerty. Czasem sama, niekiedy w towarzystwie. Bywa, że siadam bezczynnie, gdzieś na uboczu i obserwuję ludzi. Sporo piszę. Jeszcze więcej czytam. Robię za dużo zdjęć. Ciągle marznę. Mało tęsknię za ludźmi, bardzo tęsknię za byciem w drodze. Jem nieregularnie, właściwie nie jem. Piję za dużo kawy i za dużo piwa. Co tydzień chodzę do kina. Opuszczam zajęcia. Nadal nie ogarniam photoshop'a. Odnajduję rutynę w nieplanowanych działaniach. Bardzo nie ogarniam tego co się dzieje wokół mnie. Przeprowadzam trudne rozmowy. Gadam o głupotach. Uciekam. Wracam. Sprawy z pozoru nieważne stają się ważne. Rzeczy najważniejsze przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Jesień w głowie. Przynajmniej nie pada.

Boli mnie gardło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz