Food, wine and other things

Jestem na kuchennym odwyku. Od 2 miesięcy nie mam czasu i kuchni, gdzie mogłabym uciec od rzeczywistości i zatonąć w morzu zapachów unoszących się z wnętrza parujących garnków i patelni. Skutkuje to permanentnym stresem, bo od zawsze gotowanie było dla mnie formą najwyższego relaksu. Potrafię zniknąć w kuchni na długie godziny - siekać, mieszać, dusić bez opamiętania. Lubię dźwięk ostrego noża przecinającego chrupką marchew i uderzającego rytmicznie o drewnianą deskę. Lubię dźwięk podsmażanej cebulki. Lubię dźwięk trzepaczki uderzającej o ścianki metalowej miski. Gotowanie i pieczenie do dla mnie równoległy świat, odurzający kolorem, mamiący zapachem i zniewalający smakiem. Lubię mieszać rzeczy z pozoru do siebie nie pasujące, szukać nowych dróg, zaskakujących połączeń, które wydobywają nowe walory całkiem zwyczajnych składników.

Smakować też lubię.

Jedzenie to jedna z najprzyjemniejszych czynności. Niedoceniana na co dzień. Mało kto pozwala, aby była ona codziennym rytuałem łączącym ludzi. Nic tak nie scala relacji, nie zbliża, jak wspólne gotowanie i smakowanie.

Dręczy mnie ten brak czasu na zrobienie prostego filetu z jakąś szybką sałatką. Nie gotuję też, bo nie mam zwykle dla kogo. Mijamy się w biegu, brakuje nam czasu nawet na zjedzenie prostego śniadania w sobotni poranek. Jestem wprawdzie absolutnym przeciwnikiem teorii, że jak gotować to przynajmniej dla dwojga. Jedzeniem można i trzeba czasem rozkoszować się w pojedynkę. Niemniej jednak zdecydowanie wolę jeść w towarzystwie, ciesząc się wspólnym smakowaniem przygotowanych własnoręcznie dań. Lubię gotować dla ludzi. Jedzenie rozwesela, łagodzi obyczaje i zbliża. Czuję satysfakcję z dzielenia się moją filozofią jedzenia (jakkolwiek to absurdalnie brzmi) z innymi ludźmi. Kolacja dla paru osób, przy lampce dobrego wina jest zwieńczeniem całego procesu przygotowań. Zwykle potrzeba naprawdę niewiele wysiłku, by wyczarować bezpretensjonalnie proste danie, które zachwyca bogactwem smaku. Ostatnio udało mi się to z krewetkami. Ochoty na krewetki narobiłam sobie przy sushi, które tydzień wcześniej przygotowaliśmy ze znajomymi. Moja chętka na ryby i owoce morze mnie zdumiewa, zwłaszcza, że nigdy nie była ich wielką fanką.

Krewetki na maśle z miętą i sezamem


Składniki:
500 g krewetek Black Tiger* (ja użyłam obgotowanych, głęboko mrożonych)
kilka gałązek świeżej mięty / kolendry (wedle uznania)
sklarowane masło do smażenia
2 cm korzenia imbiru (drobno posiekanego)
6-8 ząbków czosnku pokrojonych w cienkie plasterki
4 łyżki sezamu (można wymieszać zwykły z czarnym, ja użyłam tylko zwykłego)
brązowy ryż przygotowany jak w przepisie na opakowaniu
2 limonki
2 łyżeczki cukru trzcinowego
50 ml sosu sojowego


Krewetki należy rozmrozić w misce z zimną wodą. Gdy będą już miękkie, dokładnie opłukać i wysuszyć. Rozciąć lekko każdą krewetkę z zewnętrznej strony, przy okazji sprawdzając czy nie ma w niej pozostałości jelita. W ten sposób przygotowane krewetki oprószyć solą. Odstawić na chwilę na bok.
W tym czasie przygotować sos - wycisnąć sok z dwóch limonek, dodać cukier i posiekaną miętę, dokładnie wymieszać i odstawić. Na mniejszej patelni uprażyć ziarna sezamu.
Rozgrzać sklarowane masło na patelni, wrzucić część czosnku i imbiru, część krewetek. Smażyć po minucie z każdej strony, aż ładnie się otworzą. Zaraz przed zdjęciem z ognia wrzucić listki świeżej mięty lub kolendry. Wyłożyć na talerz i posypać sezamem. Przyrządzone w ten sposób krewetki podaję z brązowym ryżem i cząsteczkami cytryny oraz sosem sojowym i limonkowo-miętowym. 
*500 g krewetek to solidna porcja raczej dla dwojga lub przekąska dla trojga




Empty inside


Czy może boleć strata czegoś, czego się jeszcze nie miało? Jak dalece można wybiegać w przyszłość? Czy perspektywa tego, że to co miało być naturalną koleją rzeczy się nie zdarzy, może zniszczyć naszą wizję szczęścia? Czy w ciągu kilku minut może legnąć w gruzach to co było oczywiste? Czy w ciągu kilku sekund ktoś zupełnie obcy może zabrać Ci nadzieję i pozostawić tylko pustkę? Czy można się nie załamać mając przed sobą lata, być może bezowocnej, walki? Czy będąc pozbawionym tego, co czyni Cię człowiekiem godnym własnego istnienia, może Ci jeszcze zależeć na czymkolwiek? Czy możesz nie chcieć odczuwać nadziei, w obawie, że będzie płonna?

Pytania i brak odpowiedzi. W jednej chwili umiera coś najważniejszego. Jakaś cząstka Ciebie, bez której każde osiągnięcie, każde spełnione marzenie nie będzie miało sensu. Chłodna samotność. Trudna do wytłumaczenia obojętność.

Jak nigdy wcześniej jest mi wszystko jedno. Nie czuję nic.

Explanation

Idea bloga zrodziła się we wrześniu zeszłego roku. Właśnie wróciliśmy z podróży po Bałkanach, obroniliśmy prace dyplomowe i zawiesiliśmy nasze dotychczasowe życie na kołku. Wyjazd  do Azji planowaliśmy już od dwóch lat, ale brakowało czasu i środków.  Wymówiliśmy mieszkanie, by mieć  pieniądze na trasę po Bałkanach, a po powrocie nie mieliśmy gdzie się podziać – do dziś pomieszkujemy kątem u życzliwych nam ludzi . Wyjazd też stawał się coraz bardziej odległy.

Poczułam się zwieszona, gdzieś pomiędzy tym co było, a tym co będzie.

Nie wiedząc  co dalej począć szukałam dla siebie punktu zaczepienia. Chciałam znów odnaleźć  coś w czym mogłabym się zrealizować, motywację. Blog miał mi w tym pomóc. Jednak założenie go zajęło mi mnóstwo czasu. Jestem absolutnym komputerowym beztalenciem, żadne ze mnie dziecko XXI wieku. Mijały tygodnie, plany się zmieniały, a ja szukałam ukojenia i pocieszenia w kuchni. Gotowałam, mieszałam, siekałam, robiłam zdjęcia i na samotnych kartkach papieru zapisywałam nowe proporcje i ingrediencje. Wszystko to miało kiedyś trafić na mojego kulinarnego bloga.

Teraz wreszcie blog powstał, ale z braku czasu i kuchni, nie będzie on blogiem kulinarnym. Będzie zapisem tego, co mnie otacza. Będzie o podróżowaniu. Będzie na pewno trochę o jedzeniu i gotowaniu. Będzie o kochaniu. Będzie o pisaniu, czytaniu, oglądaniu i słuchaniu. Będzie o mnie i o ludziach dla mnie najważniejszych. Będzie zapisem zmian, świadectwem przemijającego czasu, dowodem, że nie był on zmarnowany. Będzie mój. Taki blog, trochę egoistyczny – stworzony, by zmotywować się do pracy nad sobą. Bardziej do pisania, a nie do czytania. Choć do czytania dla zmotywowania. Łatwiej jest być systematycznym, gdy wiemy, że ktoś obserwuje wyniki naszej pracy.  Pisanie w notesie, na kartce, do szuflady mnie rozleniwia. Pisanie publiczne, mam nadzieję zmotywuje. Musi zmotywować.
Formuła bloga przewiduje pisanie go przez rok. Na tyle regularnie na ile to będzie możliwe, zważywszy na okoliczności wyjazdu i wątpliwy dostęp do Internetu.
 
Nie lubię przełomu grudniowo-styczniowego i noworocznych postanowień. Blog nie jest w żadnym wypadku jednym z nich. Gdy we wrześniu powstał pomysł na bloga, zamykałam pewien etap mojego życia. Potem było zawieszenie, które powoli się kończy. Za miesiąc zacznie się coś całkiem nowego, ekscytującego i intensywnego. Dużo oczekuję od najbliższych dwunastu miesięcy. Ostatni rok pozostawił lekki niesmak, był trudny i bardzo wyboisty. Zła passa nie może jednak trwać wiecznie.
Pierwszy raz liczy się dla mnie tu i teraz.