Powiśle welcome to

Powiśle to moje moje miejsce na ziemi. Tam wszystko wydaje się ładniejsze. Może to kwestia wspomnień, ale to właśnie tu czuję się najlepiej. Rok życia z widokiem na park Breyera, klasztor i Śródmieście. Zakupy w miejscowym warzywniaku, nocne spacery do BUWu z komputerem pod pachą, żeby męczyć pracę licencjacką. Sobotnie popołudnia na trawie, tam gdzie teraz jest okropna Dolina Muminków. Piwo nad zalewającą Powiśle Wisłą, zaraz przy Syrence. Rowerem „Tamką zjazd z ipodem, a w ipodzie David Bowie”. Śniadania w Kafce i czekolada w Czułym, nad książką o kupie. Noce na PKP i wieczory w OSIRze. Lampiony nad Mostem Poniatowskim puszczane z balkonu na 7 piętrze. Pociąg na Stadion, bo na obiad było pho. A w jeszcze bardziej zamierzchłych czasach spacery po Browarnej na lekcje arabskiego.

Wracam tam chętnie, choć dosyć rzadko, bo wizyty w okolicach Kruczkowskiego wprawiają mnie w melancholijny nastrój. Rozczulam się wtedy i krążę po Solcu szukając świadectw, że życie tu nadal płynie tym samym torem. Myślę, że kiedyś znów tu zamieszkam. Mam nadzieję, że w swoim, a nie wynajmowanym mieszkaniu. Że będzie wysokie, w kamienicy z oknami na park. Oczywiście nie sądzę, by mnie było na nie kiedykolwiek stać, ale pomarzyć zawsze można!

Powiśle ma wszystko, czego dusza może zapragnąć. Ma klimat przedmieścia, a jest w samym sercu miasta. 15 minut na Chmielną, a czujesz się jakby Warszawa była daleko. Wszędzie jest blisko. Pełno tu różnych inicjatyw kulturalnych i edukacyjnych. Powiśle zachęca i przyciąga. Ulicami spacerują babcie z kwiecistymi torbami, biagają maratończycy, jeżdżą na ostrych kołach hipsterzy w vansach na nogach, studenci z nosami w książkach zmierzają w kierunku buwu, eleganccy panowie w garniturach piją kawę w Kafce, a młodzi rodzice śmigają na rolkach pchając przed sobą wózki. Są tu biblioteki, parki, antykwariaty, cudowne kawiarnie i restauracyjki, świetne bary i Wisła na wyciągnięcie ręki! Moja miłość do Powiśla jest bezwarunkowa, pewnie przesadzona i zabawna, ale szczera w stu procentach!

Ostatni tydzień był wybitnie powiślański. Zatonęłam w okolicach Topiel i nietrudno mnie było tam znaleźć. Namiętnie wizytowałam Solec, Kafkę, Czułego, Cud nad Wisłą i parę innych miejscówek. Czwartkowy koncert Płynów idealnie zamknął lato i wprawił mnie w nastroje z kwietnia 2010. A w sobotę odbyła się trzecia edycja festiwalu Powiślenia. I chwała pomysłodawcom za to! Szał ciał w Solcu 44. Paula i Karol naładowali akumulatory, a później już tylko maraton Dobrą, 3-go maja, Kruczkowskiego i Książęcą. Potem mała zdrada na rzecz Pl. Zbawiciela i powrót córki marnotrawnej na PKP. Reszty nie pamiętam, ale dzień następny, przynajmniej do 16 spędziłam wygrzewając się w słońcu w okolicach Mostu Poniatowskiego.
Ave Powiśle!



Zdjęcia ukradzione z: http://samurai.blog.pl/

The definition of beauty

Mały sneak peek sesji zdjęciowej z akcji Moda bez Barier. Dziewczyny były genialne. Wielkie podziękowania dla fundacji Drabina Szczęścia i dla Wypieków Kultury!













Ratatouille

Ponieważ dawno nie gotowałam i nie spędzałam z nikim weekendu, postanowiłam wrócić na jeden dzień do starych przyzwyczajeń i wpadłam w kuchenny amok. W tle leciało Ratatouille, które uważam za film genialny! Zwłaszcza, gdy chcesz zarazić maluchy pasją gotowania.

Ja tymczasem pokroiłam 2 kilogramy śliwek i zrobiłam z nich powidła. Tak obłędne, że zanim zdążyłam usmażyć francuskie naleśniki, już połowy nie było. W dzisiejszym menu znalazł się też podpatrzony krem z cukinii z fetą, do którego dodałam pora dla zaostrzenia smaku.

Wieczór zakończył się dwiema butelkami wina, nieprzyzwoitymi rozmowami i orgazmem Meg Ryan w restauracji.

Sobotę można uznać za udaną.

Chill



Dużo się teraz dzieje. Właściwie przestałam sypiać. A jak już śpię, to współtowarzysze sypialniani twierdzą, że się wiercę, kręcę i mruczę. I co niepokojące, nagle pamiętam sny. Jest to o tyle niezwykłe, że po przebudzeniu cierpię zwykle na amnezję. A teraz nie dość, że te sny pamiętam, to jeszcze śnią mi się rzeczy wielce niestosowne i często wcale niezabawne. Absurd goni absurd. Na jawie i we śnie. Zapracowanie obecne jest wyczerpujące do granic, ale dość przyjemne. Po całym dniu na pełnych obrotach - wieczorami zwalniam.

Mam nieustanne wrażenie, że każdego dnia po godzinie dwudziestej, odklejam się od rzeczywistości i codzienności. Wypróbowuję miejsca. Każdego dnia inne. Siadam na jakiejś fajnej kanapie, sama lub w towarzystwie, zamawiam kieliszek wina lub butelkę piwa. Jeśli mam kompana – prowadzę dyskusje egzystencjalne. Jeśli jestem sama, biorę książkę i czytam tak długo, aż oczy zaczynają mi łzawić. Zdarza się też, że zapisuję niezliczone ilości stron w notesie. Nie myślę wtedy o niczym konkretnym. Zapominam o przykrościach, smutkach, obowiązkach i tęsknotach. Na te kilkadziesiąt minut wyciągam nogi przed siebie i podziwiam dziurę w bucie. A potem powolnym krokiem, ciemnymi uliczkami zmierzam w stronę łóżka, czując chłód nadchodzącej jesieni. Najprzyjemniej.


Lazy hazy crazy days

Jesienne popołudnie. Całkiem przyjemne. Pierwszy słoneczny dzień od kilku dni. Słońce nie grzeje, ale sam fakt, że jest - rozgrzewa wewnętrznie. Nie jest ciepło, ani nie jest zimno. Na chodnikach pełno pożółkłych liści, które szeleszczą poruszane wiatrem. Na drzewach jednak nadal dominuje letnia zieleń, nie poddając się jeszcze złocistej inwazji. 
Kawiarenka na Mokotowie. Duże sklepowe okna, na ścianach plakaty z motywem przewodnim. Popularne miejsce i konkretny target. Meble iście peerelowskie i półki z ikei. Pachnie ziarnami z różnych zakątków świata.
Siedzę na czarnej kanapie, czytam świąteczną wyborczą, popijam przelewową kawę i czuję na sobie wzrok baristy, który tę kawę przygotował. Podobno nie najgorzej, bo w przelewaniu kawy jest czwarty na świecie. Biały wygodny kubek z dużym uchem. W środku czekoladowo-rdzawy płyn. Aromatyczny, mocny, otrzeźwiający. Owocowy, słodki, ale też kwaskowaty, jak porzeczka.
Jest mi wygodnie. Plecy mam podparte zielono-białą poduszką w romby. Jestem taka weekendowa. Wygodna bawełniana koszulka, podarte spodnie, lekkie słomkowe, jaskrawe buty, to wszystko miła odskocznia od redakcyjnych outfitów.
Po prawej siedzi dwóch mężczyzn i kobieta. On i ona hipsterscy, a z nimi krawaciarz, który próbuje im udowodnić jaki to on jest doskonały i co to on nie potrafi. Ma niesamowicie irytujący ton głosu, a oni takie miny, że zaczynam śmiać się pod nosem. Współczuję im, że muszą słuchać tych farmazonów i włączam tryb słuchania jazzu, który sączy się z głośników.
Czuję się dziwnie. Żyję w biegu, mało śpię, piję dużo kawy. Wiele się dzieje, niewiele się zmienia. Uczucia są te same, obawy niezmienne, sytuacja bezgranicznie beznadziejna, a perspektywy całkowicie płaskie.
Ja za to pachnę Indiami. Zieloną herbatą, tą samą wodą toaletową, której używałam w podróży. Zapach jest wyrazisty, świeży i sprawia, że jestem lekko skonfundowana. Bo odczucia zmysłowe są tak silne, skojarzenia tak wyraziste, że gdy zamykam oczy, jestem w Varanasi. Gdy je otwieram, mam przed sobą małą mokotowską uliczkę. Stoję trochę z boku. Wszystko jest lekko przytłumione. Przyjemne, bo pierwszy raz od dawna nie zaprzątam sobie głowy problemami. Po prostu piję kawę, czytam i słucham muzyki. Przyglądam się.

Świat stanął na głowie. A ja zatrzymałam się na chwilę w leniwe sobotnie popołudnie.

I wanna be


Wszyscy jeżdżą na rowerach, mają graficzne tatuaże, piją kawę  z certyfikatem Fair Trade, robią prześwietlone zdjęcia, noszą trampki, ubierają się w retro ciuchy z lumpeksów i zajmują się szeroko pojętą sztuką, która zawsze kryje się pod nazwą "projekt". Każdy jest wyjątkowy i unikalny do bólu. Pieprzony masowy indywidualizm.