It felt so right

Wszystko się wali i pali, a ja mam wrażenie jakbym była kompletnie ponad tym. Nie jestem oczywiście ze stali i mam swoje chwile słabości. Ale jednocześnie dawno nie czułam się tak dobrze. Jakby każdy kolejny problem nie miał już znaczenia. Chyba się uodporniłam na pecha i mam głęboko w nosie co się jeszcze posypie. Trochę to niepokojące, bo fizycznie ledwo daję radę, a w środku roznoszą mnie pokłady energii. Nie mogę nacieszyć się słońcem, zielonymi drzewami, rowerem. Nie mogę przestać się śmiać. Ciągle gdzieś się spieszę, wszędzie mnie pełno. Ta intensyfikacja działań dobrze wpływa na samopoczucie. I bliscy ludzie dookoła, którzy są dokładnie wtedy, gdy powinni. Przestałam planować cokolwiek. Mieszkanie, praca, studia, zdrowie. Żyję z dnia na dzień i liczę, że wszystko jakoś się ułoży. A jak nie, to zawsze mogę coś wymyślić. 

Takie dni, jak ten utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że nigdy nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać. Wprawiono mnie w absolutnie błogi stan  relaksu i odprężenia. Dziś spędziłam najlepsze popołudnie w tym roku. Koc, zielona trawa, długa rozmowa, Wisła, nagie plecy w słońcu, książki , naleśniki z truskawkami i bitą śmietaną, muzyka w tle i zimne(!) białe wino.

Dziękuję.


Motherhood


Mocno mną ten tekst potrząsnął. Rozedrgałam się w sobotę i  tak drżę do dziś.
Trudno się nie zgodzić z Bargielską, która mówi:
Nie jestem zwolenniczką powiedzenia, że "co nas nie zabije, to nas wzmocni". To brzmi, ale nie ma sensu. Z niczego nie wychodzimy cało.
Gravid Obsoleta. Termin oznaczający ciążę obumarłą. Matki, które łączy to piętno Bargielska nazywa Obsoletkami. Opisuje, jak mierzą się one z tą tragedią. Dodaje również, jak bardzo destrukcyjna jest sytuacja kobiet, które nie mogą swego nienarodzonego dziecka pochować. Kobiet, które ronią w pierwszych tygodniach ciąży. I nikt się ich losem nie interesuje. Zostają same ze sobą i swoją pustką.

A mi po głowie kołacze się myśl, pytanie, pretensja. Co z Kobietą które dzieci w ogóle mieć nie może? Czemu nikt nie pochyla się nad Jej tragedią? Czemu nie ma grup wsparcia, by Ta której macierzyństwo odebrano, mogła poczuć, że nie jest sama? Mało się mówi o kobietach bezpłodnych. W społeczeństwie nadal najważniejszą rolą kobiety jest posiadanie potomstwa. A gdy to niemożliwe, świadomie lub nie, Kobieta zostaje odsunięta. Jej koleżanki, kuzynki, siostry - zostają matkami i Ona automatycznie jest wykluczona z tego kręgu. Gorsza. Nikt jednak nie pyta, jak sobie radzi. Nikogo to nie interesuje. Ludzie współczują. Ale nie tak, jak w wypadku poronienia. Bo przecież nie straciła dziecka, więc jaki ma powód do cierpienia? A ja się pytam, jak to nie straciła? Straciła dziecko, którego mieć nie może. I nie czuje się pełnowartościową istotą, bo presja społeczna, potrzeba bycia matką jest silniejsza. Nie spełnia roli, dla której została stworzona. Czuje się wybrakowana, niespełniona. Napiętnowana. Bo choć to nie jej wina, choćby mówiła sobie, że macierzyństwo nie jest najważniejszą rolą, jaką ma do spełnienia, zawsze pozostanie pustka, której nic nie może wypełnić. Żal, złość za niesprawiedliwość, która ją spotkała. Wściekłość, której nie ma do kogo skierować. Bo na kogo tu się złościć? Na Boga? Na naturę? Nie. Na siebie.

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że dzieci to nie dar od Boga. Ale od kobiety. Bardzo to prawdziwe i bolesne.

Tylko co w wypadku, gdy kobieta tego daru nie posiada? Czy przez to, nie jest godna swojego istnienia?

(non)FICTION

Za Nawrockim powtórzę:

Miłość to fikcja. Wolność to fikcja.

I nikt w tym sporze nie miał racji.
 _______________________________________________________________________


Powinszować siostrom Wrońskim z zespołem oraz Kobietom za wczorajszy koncert w warszawskiej Hydrozagadce. Z niecierpliwością czekam na Mutanty. A z nowej płyty Ballad i Romansów  namiętnie słucham:


http://www.myspace.com/balladyiromanse/music/songs/czarna-ramka-mp3-80748088

Relax soundtrack




Na przystawkę soundtrack dzisiejszego wieczoru. Zmysłowy, erotyczny, drżący. Mogłabym się w niej zakochać.

Danie główne -  wanna pełna lekkiej pachnącej wanilią piany, świece. Do tego kieliszek schłodzonego białego wina, lekka sałatka z suszonymi pomidorami, dojrzewającą szynką, sosem balsamico i grana padano. Poleca się zamknąć oczy, by móc oddać się w pełni tej uczcie dla zmysłów.

Na deser ciepły szlafrok, który otuli wilgotne, rozgrzane po kąpieli ciało.

Jedna godzina, kiedy mówię życiu WON.

What? Where? When?

Maj i czerwiec są w tym roku jakieś szalone. Albo po prostu ładnie się wpisują w przedmiot moich zainteresowań. Koncertów, spotkań autorskich, festiwali, pokazów, wystaw i wernisaży jest bez liku. Nie tylko w Warszawie (brak zniżki studenckiej skutecznie uniemożliwia podróże jednodniowe pozawarszawskie). Na wszystko chciałabym pójść, choć niekoniecznie ścierpiałaby to moja kieszeń. Wstęp wolny ma wpływ zbawienny.

Tak oto nie dojdzie do skutku np. Exit Festival w Nowym Sadzie. Niech mnie też Bóg pokarze, ale pierwszy raz z miłą chęcią wybrałabym się na Opener'a (nie wierzę, że się przyznałam!). Gdyby chociaż interesujące mnie koncerty były jednego dnia. Może ktoś ma bilet na zbyciu?

Ale ale!
Trochę taniej i na miejscu mamy Kobiety, Ballady i Romanse, Ściankę, Muzykę Końca Lata, Arcade Fire, Hey, Myslovitz i jeszcze parę przyjemnych dla ucha melodii. I mamy Planete Doc Film Festival, a ja mam tylko na jeden bilet!

Chyba powinnam sobie to wszystko rozpisać, bo już się gubię co, gdzie i kiedy.

Silence in the kitchen

Czasem są takie dni, kiedy nie mam ochoty na nic. Wyłączam telefon i udaję, że mnie nie ma. Najchętniej wtedy zakopałabym się pod kołdrą, ale na taki komfort ostatnimi czasy pozwolić sobie nie mogę. Poza tym obiecałam sobie, że dość już oglądania się za siebie i nawet mi to wychodzi. Dlatego, gdy czuję zbliżającą się wielkimi krokami chandrę, wstaję z łóżka i idę do kuchni. Początkowo niechętnie zrzucam piżamę, zakładam wygodne kraciaste spodnie i rozciągniętą dresową bluzę. Spinam włosy w kucyk i podwijam rękawy. Wyjmuję z lodówki jajka, a z półki zdejmuję mąkę, cukier i przyprawy. Z szuflady wyciągam orzechy, z szafki - olej. Z piekarnika wyjmuję blaszkę. O! Zapomniałam o najważniejszym składniku - marchewce! Gdy wkraczam do kuchni problemy znikają. Ucieram, ścieram, dosypuję, mieszam. Robię dookoła totalny bałagan, ale wtedy czuję, że stres odpuszcza. Tylko nie lubię tego oczekiwania, gdy wszystko trafia do piekarnika. Kurcze! Ale tak naprawdę TO jest warte każdej przeczekanej minuty.

Oto mój przepis na poprawę humoru.

Ciasto Marchewkowe.

Szczerze mówiąc już nie pamiętam, kiedy zrobiłam je po raz pierwszy i z jakiego przepisu -  przez lata poszukując proporcji doskonałych wypróbowałam ich wiele. Ten poniżej to moja modyfikacja kilku z nich. Od dawna piekę ciasto marchewkowe dokładnie w ten sposób i zawsze się udaje - jest  lekko piernikowe, wilgotne, delikatne, rozpływa się w ustach. Moje popisowe, niezawodne, zawsze zjadane do ostatniego okruszka.


 

Składniki na ciasto:

4 ekologiczne, duże jaja
4 duże soczyste marchewki
1 szklanka (200ml) cukru trzcinowego
1 szklanka cukru białego drobnego
2 szklanki mąki
1 szklanka oleju roślinnego
 50 g rozpuszczonego, schłodzonego masła
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta gałki muszkatołowej
cynamon i imbir wedle uznania
rodzynki i orzechy (jak wyżej)

Składniki na polewę:
jeden serek śmietankowy Philadelphia 
200 g cukru pudru
2 łyżki masła

Jajka ubijamy (na wysokich obrotach miksera) z cukrem na puszystą  słoneczną masę pełną bąbelków powietrza. Uwielbiam to robić. Potem dodajemy powoli olej, masło i koniecznie przesianą mąkę. Miksujemy składniki na mniejszych obrotach. Dodajemy sodę, proszek do pieczenia, przyprawy. Na koniec wsypujemy startą na grubych oczkach marchew, orzechy i rodzynki. Masa ma być grudkowata - mieszamy ją lekko łyżką. Przelewamy do wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką okrągłej (lub jak kto woli prostokątnej) blachy. Wstawiamy na 50 minut do rozgrzanego do 190 stopni piekarnika (warto sprawdzać co jakiś czas patyczkiem, czy już jest w środku suche). Zapach pieczonego ciasta jest obłędny. W międzyczasie do wysokiego naczynia wrzucamy serek Philadelphia, masło i cukier puder. Miksujemy na puszysty krem, którym smarujmy upieczone i dobrze wystudzone ciasto. (Nie)obowiązkowo ozdabiamy ciacho truskawkami. Enjoy!

Po wszystkim biorę duży kawał ciasta na talerz, podgrzewam mleko, nurkuję pod koc i włączam Przyjaciół. Niezawodna recepta na lepszy humor.

One small idea

Znów chcę być małą dziewczynką z małymi problemami i wielkimi pomysłami.
Wpadłam nawet na jeden, absolutnie genialny pomysł. Oto on: może tak jeszcze w tym roku STANY stopem przejechać?

KirgiSTAN/TadżykiSTAN/KazachSTAN/UzbekiSTAN

Chętnych szukam.