Mam dość. Nie mam już siły. Zaraz minie rok od momentu, w którym zamknęłam białe drzwi za sobą i usiadłam w poczekalni obok niego. 30 grudnia. W ręku trzymałam wyniki. Bolało do granic, choć nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Pamiętam tę chwilę dokładnie. Zobojętnienie i pustkę, a potem narastające przerażenie i łzy. Kolejne tygodnie to było odwlekanie wizyt, uciekanie od problemu. Udawanie, że jest w porządku. Nie było. Wystarczyła błahostka, aby wszystkie złe myśli wracały i zalewały każdą komórkę ciała paraliżującym smutkiem. Miesiące wypełnione tylko kolejnymi wizytami, kolejnymi lekarzami, kolejnymi badaniami. Przed każdą wizytą nadzieja, że jednak to nie to. Po każdej wizycie, gdy w ręku trzymałam te same wyniki, żal i wściekłość.
Nie zmienię tego. Ale też nigdy się z tym nie pogodzę. Bo to jedyna rzecz na jaką nie mam wpływu. Jedyna, na jaką wpływ chciałabym mieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz