W całym tym zamieszaniu, bałaganie związanym ze studiami, mieszkaniem i milionem innych rzeczy, przestałam się śmiać. Życie w biegu, bez chwili dla siebie, bez szans na godzinę relaksu, wyłączenie myślenia.
Letni humor i entuzjazm majowo-czerwcowy ulotnił się. Stres mnie zjadał i odbijał się na ludziach dla mnie najbliższych. Mocno przybita, przytłoczona sytuacją, miotając się w poszukiwaniu rozwiązań, starając się podejmować słuszne decyzje, zapomniałam, że można cieszyć się małymi rzeczami.
Aż do pewnego poranka, nie tak dawno temu.
Obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Do tego chrupiący croissant, szklanka soku, musli z bogactwem owoców, jeszcze ciepłe pieczywo, a na nim gruba warstwa lekko stopionego masła. W tle piosenki, których dawno nie słyszałam. Słońce wdzierało się przez ciężkie zasłony do środka. Powietrze było rześkie. Śniadanie do łóżka. Uśmiechnęłam się. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba - tylko takich poranków. Idealnych.
Ukochany 30-letni Fed okazał się za ciężki i zbyt nieporęczny, abym mogła nosić go w torebce. Zmieścił się do niej jednak Miu. Pierwsza z naświetlonych rolek dała efekty dość mierne. Druga - całkiem niegłupie.
Wspomnienie pochmurnego urodzinowego dnia spędzonego w Łodzi .
Rok temu śpiewał w warszawskiej Stodole. Krótko, ale zawsze. Stęskniłam się za Zachiem. Łączą nas piękne, ciepłe wspomnienia. Teraz powraca z kawałkiem, w którym zakochałam się bezgranicznie. Od nowa.