Mocno mną ten tekst potrząsnął. Rozedrgałam się w sobotę i tak drżę do dziś.
Trudno się nie zgodzić z Bargielską, która mówi:
Nie jestem zwolenniczką powiedzenia, że "co nas nie zabije, to nas wzmocni". To brzmi, ale nie ma sensu. Z niczego nie wychodzimy cało.
Gravid Obsoleta. Termin oznaczający ciążę obumarłą. Matki, które łączy to piętno Bargielska nazywa Obsoletkami. Opisuje, jak mierzą się one z tą tragedią. Dodaje również, jak bardzo destrukcyjna jest sytuacja kobiet, które nie mogą swego nienarodzonego dziecka pochować. Kobiet, które ronią w pierwszych tygodniach ciąży. I nikt się ich losem nie interesuje. Zostają same ze sobą i swoją pustką.
A mi po głowie kołacze się myśl, pytanie, pretensja. Co z Kobietą które dzieci w ogóle mieć nie może? Czemu nikt nie pochyla się nad Jej tragedią? Czemu nie ma grup wsparcia, by Ta której macierzyństwo odebrano, mogła poczuć, że nie jest sama? Mało się mówi o kobietach bezpłodnych. W społeczeństwie nadal najważniejszą rolą kobiety jest posiadanie potomstwa. A gdy to niemożliwe, świadomie lub nie, Kobieta zostaje odsunięta. Jej koleżanki, kuzynki, siostry - zostają matkami i Ona automatycznie jest wykluczona z tego kręgu. Gorsza. Nikt jednak nie pyta, jak sobie radzi. Nikogo to nie interesuje. Ludzie współczują. Ale nie tak, jak w wypadku poronienia. Bo przecież nie straciła dziecka, więc jaki ma powód do cierpienia? A ja się pytam, jak to nie straciła? Straciła dziecko, którego mieć nie może. I nie czuje się pełnowartościową istotą, bo presja społeczna, potrzeba bycia matką jest silniejsza. Nie spełnia roli, dla której została stworzona. Czuje się wybrakowana, niespełniona. Napiętnowana. Bo choć to nie jej wina, choćby mówiła sobie, że macierzyństwo nie jest najważniejszą rolą, jaką ma do spełnienia, zawsze pozostanie pustka, której nic nie może wypełnić. Żal, złość za niesprawiedliwość, która ją spotkała. Wściekłość, której nie ma do kogo skierować. Bo na kogo tu się złościć? Na Boga? Na naturę? Nie. Na siebie.
A mi po głowie kołacze się myśl, pytanie, pretensja. Co z Kobietą które dzieci w ogóle mieć nie może? Czemu nikt nie pochyla się nad Jej tragedią? Czemu nie ma grup wsparcia, by Ta której macierzyństwo odebrano, mogła poczuć, że nie jest sama? Mało się mówi o kobietach bezpłodnych. W społeczeństwie nadal najważniejszą rolą kobiety jest posiadanie potomstwa. A gdy to niemożliwe, świadomie lub nie, Kobieta zostaje odsunięta. Jej koleżanki, kuzynki, siostry - zostają matkami i Ona automatycznie jest wykluczona z tego kręgu. Gorsza. Nikt jednak nie pyta, jak sobie radzi. Nikogo to nie interesuje. Ludzie współczują. Ale nie tak, jak w wypadku poronienia. Bo przecież nie straciła dziecka, więc jaki ma powód do cierpienia? A ja się pytam, jak to nie straciła? Straciła dziecko, którego mieć nie może. I nie czuje się pełnowartościową istotą, bo presja społeczna, potrzeba bycia matką jest silniejsza. Nie spełnia roli, dla której została stworzona. Czuje się wybrakowana, niespełniona. Napiętnowana. Bo choć to nie jej wina, choćby mówiła sobie, że macierzyństwo nie jest najważniejszą rolą, jaką ma do spełnienia, zawsze pozostanie pustka, której nic nie może wypełnić. Żal, złość za niesprawiedliwość, która ją spotkała. Wściekłość, której nie ma do kogo skierować. Bo na kogo tu się złościć? Na Boga? Na naturę? Nie. Na siebie.
Gdzieś kiedyś usłyszałam, że dzieci to nie dar od Boga. Ale od kobiety. Bardzo to prawdziwe i bolesne.
Tylko co w wypadku, gdy kobieta tego daru nie posiada? Czy przez to, nie jest godna swojego istnienia?
Tylko co w wypadku, gdy kobieta tego daru nie posiada? Czy przez to, nie jest godna swojego istnienia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz