Sopot jest kolejną ucieczką od warszawskiej szarówki i wiadomości, które spłynęły na mnie w zeszłym tygodniu. Bardzo potrzebowałam oddechu i samotnego spaceru po plaży.
Jest chłodno. Rano padało, teraz zza chmur przebija się blade słońce. Mijam co jakiś czas pojedyncze osoby. Jest późny poranek, a gdy przechodzę przez wydmy i wchodzę na plażę, w słuchawkach jak na ironię rozbrzmiewa Lachowicz. Nie słyszałam tej piosenki od bardzo dawna. Nie umiem określić co czuję. Chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Wiatr smaga mi twarz. Policzki pieką. Siadam na pomoście i oddycham głęboko. Nie potrafię określić uczuć, tego co kłębi mi się w głowie. Patrzę w morze. Na horyzoncie majaczy jakiś statek. Piosenka się kończy, a ja wstaję, otrzepuję się z pisaku i idę wzdłuż brzegu w stronę cypla, za którym zaczyna się Gdynia. Jestem sama ze swoimi myślami. Chcę je przewietrzyć, rozwiać chmury, które wiszą nade mną. Ale nie czuję ulgi. Nie ma wytchnienia. Chciałam uciec od tego, co w Warszawie spycham na dalszy plan, od tego co ściąga mnie w dół. Miałam nadzieję, że stojąc na plaży w Sopocie uda mi się zaczarować rzeczywistość, nagiąć uczucia, odzyskać spokój. Zamiast tego zalewa mnie fala sprzecznych uczuć. Rozpinam buty, zdejmuję skarpetki, podwijam spodnie. Wchodzę do wody. Jest lodowata. Po chwili już nie czuję palców. Śmieję się rozchlapując wodę dookoła. Morze jest spokojne. Oczy mi łzawią. Nie wiem czy to od wiatru.
Siadam na piasku pod skarpą. Szukam odpowiedzi. Dotykam mocno miejsc, które bolą. Jestem zmęczona smutkiem i bezsensownością sytuacji, w których tkwię. Wyjmuję telefon i robię zdjęcie plaży i spokojnego morza. Wysłałam do kilku osób z różną treścią. Chcę, by było to symboliczne wyciągnięcie ręki w ich stronę. Bo te osoby są ważne, a z różnych powodów stały się obce. Pragnienie zakończenia tych zimnych wojen okazuje się silniejsze od dumy, która zwykle mną kieruje.
Później dostanę odpowiedzi od trzech z czterech osób. Zasmuci mnie to, poczuję ukłucie żalu. Kilka godzin później sprawdzę jeszcze raporty doręczenia. Przy imieniu tego, który mi nie odpisał zobaczę napis: "status dostarczenia: 13:45 - ta, której nie udało się wysłać". Zabrzmi to jak tytuł jakiegoś odcinka "Przyjaciół". Pomyślę, że tak miało być. Ta wiadomość miała nie dotrzeć. Przewrotność losu czy złośliwość rzeczy martwych? Cokolwiek to było - adresat nie wie, że ją wysłałam.
Wydaje mi się, że jestem malutka w ogromie tego wszystkiego, co mnie otacza. Wszystko co robię, zdaje się w takich chwilach bez znaczenia. Wszystko jednak ma znaczenie, nawet jeśli zdaje się nam, że na nic nie mamy wpływu.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz