Dużo się teraz dzieje. Właściwie przestałam sypiać. A jak już śpię, to współtowarzysze sypialniani twierdzą, że się wiercę, kręcę i mruczę. I co niepokojące, nagle pamiętam sny. Jest to o tyle niezwykłe, że po przebudzeniu cierpię zwykle na amnezję. A teraz nie dość, że te sny pamiętam, to jeszcze śnią mi się rzeczy wielce niestosowne i często wcale niezabawne. Absurd goni absurd. Na jawie i we śnie. Zapracowanie obecne jest wyczerpujące do granic, ale dość przyjemne. Po całym dniu na pełnych obrotach - wieczorami zwalniam.
Mam nieustanne wrażenie, że każdego dnia po godzinie dwudziestej, odklejam się od rzeczywistości i codzienności. Wypróbowuję miejsca. Każdego dnia inne. Siadam na jakiejś fajnej kanapie, sama lub w towarzystwie, zamawiam kieliszek wina lub butelkę piwa. Jeśli mam kompana – prowadzę dyskusje egzystencjalne. Jeśli jestem sama, biorę książkę i czytam tak długo, aż oczy zaczynają mi łzawić. Zdarza się też, że zapisuję niezliczone ilości stron w notesie. Nie myślę wtedy o niczym konkretnym. Zapominam o przykrościach, smutkach, obowiązkach i tęsknotach. Na te kilkadziesiąt minut wyciągam nogi przed siebie i podziwiam dziurę w bucie. A potem powolnym krokiem, ciemnymi uliczkami zmierzam w stronę łóżka, czując chłód nadchodzącej jesieni. Najprzyjemniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz