Jesienne popołudnie. Całkiem przyjemne. Pierwszy słoneczny dzień od kilku dni. Słońce nie grzeje, ale sam fakt, że jest - rozgrzewa wewnętrznie. Nie jest ciepło, ani nie jest zimno. Na chodnikach pełno pożółkłych liści, które szeleszczą poruszane wiatrem. Na drzewach jednak nadal dominuje letnia zieleń, nie poddając się jeszcze złocistej inwazji.
Kawiarenka na Mokotowie. Duże sklepowe okna, na ścianach plakaty z motywem przewodnim. Popularne miejsce i konkretny target. Meble iście peerelowskie i półki z ikei. Pachnie ziarnami z różnych zakątków świata.
Siedzę na czarnej kanapie, czytam świąteczną wyborczą, popijam przelewową kawę i czuję na sobie wzrok baristy, który tę kawę przygotował. Podobno nie najgorzej, bo w przelewaniu kawy jest czwarty na świecie. Biały wygodny kubek z dużym uchem. W środku czekoladowo-rdzawy płyn. Aromatyczny, mocny, otrzeźwiający. Owocowy, słodki, ale też kwaskowaty, jak porzeczka.
Jest mi wygodnie. Plecy mam podparte zielono-białą poduszką w romby. Jestem taka weekendowa. Wygodna bawełniana koszulka, podarte spodnie, lekkie słomkowe, jaskrawe buty, to wszystko miła odskocznia od redakcyjnych outfitów.
Jest mi wygodnie. Plecy mam podparte zielono-białą poduszką w romby. Jestem taka weekendowa. Wygodna bawełniana koszulka, podarte spodnie, lekkie słomkowe, jaskrawe buty, to wszystko miła odskocznia od redakcyjnych outfitów.
Po prawej siedzi dwóch mężczyzn i kobieta. On i ona hipsterscy, a z nimi krawaciarz, który próbuje im udowodnić jaki to on jest doskonały i co to on nie potrafi. Ma niesamowicie irytujący ton głosu, a oni takie miny, że zaczynam śmiać się pod nosem. Współczuję im, że muszą słuchać tych farmazonów i włączam tryb słuchania jazzu, który sączy się z głośników.
Czuję się dziwnie. Żyję w biegu, mało śpię, piję dużo kawy. Wiele się dzieje, niewiele się zmienia. Uczucia są te same, obawy niezmienne, sytuacja bezgranicznie beznadziejna, a perspektywy całkowicie płaskie.
Ja za to pachnę Indiami. Zieloną herbatą, tą samą wodą toaletową, której używałam w podróży. Zapach jest wyrazisty, świeży i sprawia, że jestem lekko skonfundowana. Bo odczucia zmysłowe są tak silne, skojarzenia tak wyraziste, że gdy zamykam oczy, jestem w Varanasi. Gdy je otwieram, mam przed sobą małą mokotowską uliczkę. Stoję trochę z boku. Wszystko jest lekko przytłumione. Przyjemne, bo pierwszy raz od dawna nie zaprzątam sobie głowy problemami. Po prostu piję kawę, czytam i słucham muzyki. Przyglądam się.
Świat stanął na głowie. A ja zatrzymałam się na chwilę w leniwe sobotnie popołudnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz