Czy mówiłam już, że lubię burze? I się ich boję?
Lubię być wtedy sama w domu, choć w środku po cichu marzę o towarzystwie. Leżę cicho na łóżku i nasłuchuję. Krople deszczu uderzają w metalowy parapet za oknem. Niebo grzmi rozzłoszczone duchotą całego dnia. Przez odsłonięte okna widzę przecinające czarne niebo błyskawice. Myślę, zastanawiam się. Samotność w takiej chwili lekko łaskocze moje palce u stóp. Wtedy myślę, że chciałabym milczeć z głową na ramieniu, czując znajomy zapach. Poczuć się bezpiecznie. Nasłuchiwać bicia serca, zamiast deszczu za oknem.
Chwilę potem dopada mnie też poczucie kompletnego zobojętnienia. Jakby nic nie miało sensu ani znaczenia. Nie mam ochoty na cokolwiek. Na śmiech, na łzy, na rozmowy, ani na krzyki, na muzykę i na ciszę. Wszystko jest mi tak bezkreśnie obojętne. Nienawidzę tego stanu. Jestem wtedy bezradna wobec samej siebie. Wolę już krzyczeć, złościć się. Uczucia uzewnętrznione czynią nas ludźmi aktywnymi, sunącymi na przód. Obojętność sprawia, że trwamy w tym samym punkcie.
Leżę na wznak, z głową na czerwonej poduszce. Jest mi zimno. Naga skóra jest spięta i pokryta gęsią skórką. Oddycham głośno. Jestem sama ze sobą, ze swoimi myślami. Czuję zapach deszczu, powietrze jest ciężkie, przesycone emocjami. Zamykam oczy. Chcę zasnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz