Sand in my shoes

Nie jest niczym nowym fakt, że nie jestem typem człowieka, który lubi rutynę dnia codziennego. Uwielbiam zmiany, czuję potrzebę bycia w ruchu, przemieszczania się. By żyć z dnia na dzień i nie zwariować będąc w Warszawie, muszę mieć w głowie plan kolejnego wyjazdu. Owszem, w całym chaosie mojego nieogarniania, są rzeczy i momenty, w których lubię powtarzalność niektórych zdarzeń czy permanentną obecność niektórych ludzi. Cieszą mnie rzeczy przyziemne. Lubię widywać te same twarze, chodzić w te same miejsca, siedzieć nad Wisłą z zimnym piwem i śmiać się lub biadolić nad życiem. Ale samo bycie tu i teraz to dla mnie za duży wysiłek. W pewnym momencie przestaje mnie to bawić. Dochodzę do granicy, za którą jest już tylko złość i irytacja niezmiennością stanu rzeczy. Tak jest teraz. Lubię tę codzienność, nieprzespane noce, gorące dni. Z drugiej strony jestem w Warszawie od niecałych dwóch miesięcy, a jedyną rzeczą, o której myślę od tych 8 tygodni, jest spakowanie plecaka, zabranie mapy samochodowej i łapanie okazji w nieznane. Naprawdę nieznane. Nieważne gdzie. Byle tylko nie być tutaj. Wiem, że ten mój nieznośnie niespokojny stan ducha irytuje bliskich. A ja wariuję. Nosi mnie. Denerwują mnie ludzie i miejsca, przestają cieszyć rzeczy, które miesiąc temu sprawiały mi dziką satysfakcję. Teraz marzę o namiocie, zupce chińskiej i nieprzespanych nocach na stacjach benzynowych, gdzieś przy autostradach w drodze do celu. Byle jakiego. Bo "jedynym sposobem ratunku przed złem jest podróż, ruch" (O.Tokarczuk). Nie potrafię wyobrazić sobie życia na etacie z dwutygodniowym urlopem. Ludzie dookoła robią staże, zakładają firmy, pną się po szczeblach kariery, kończą kursy. A ja dostaję ataku paniki na myśl o siedzeniu za biurkiem. Żyję od wyjazdu do wyjazdu, a to co dzieje się pomiędzy postrzegam jaką konieczną egzystencję, z którą nie wiążę większych nadziei. Liczy się tylko to co przede mną. Uciekam. Wiem o tym. Gdy tylko zaczynają się kłopoty, natychmiast zaczynam się rozglądać za możliwością ucieczki. Warszawa mnie męczy. Kocham ją, ale mnie męczy. Jest dobra na chwilę, potem staje się beznadziejnie przewidywalna, na samą myśl o tych wszystkich niezbadanych zakamarkach miast, których nie ma na mapie. To nie jej wina. Każde inne miejsce na ziemi, z którym byłabym związana permanentnie też by mnie męczyło.

Zastanawiam się tylko, jak długo tak będę żyła? Marzeniami, zachciankami, instynktownie. W drodze. Bez wahania. Czemu jestem najszczęśliwsza, wtedy gdy mnie nie ma?  Dlaczego potrzebuję się zmęczyć, ubrudzić, zgłodnieć? Dlaczego na samą myśl o tym, że być może nie uda mi się już nigdzie wyjechać na dłużej, aż do przyszłych wakacji, napawa mnie lękiem? Bo napawa. Ściska mnie w dołku, mdli,a serce bije ze strachu.

Potrzebuję poczuć kłujące drobiny piachu w butach. Potrzebuję poczuć ból w krzyżu od ciężkiego plecaka. Potrzebuję, by oczy łzawiły ze zmęczenia i od kurzu na drodze.

Potrzebuję poczuć, że żyję, a nie egzystuję. Potrzebuję PRZEŻYWAĆ.

2 komentarze: