Rzadko bywam w tamtych rejonach. Niby Śródmieście, ale już zaraz Wola. Szłam przed siebie i sama nie wiem jak doszłam w okolice pierwszego "własnego" mieszkania. Róg Żelaznej i Grzybowskiej, Mennica Polska, a po przekątnej mur getta.
Stoję i gapię się w okno na trzecim piętrze.
Le Corbusier byłby dumny. Szary klocek mieszczący tysiąc ludzi. Jeden z dziewiętnastu. Po piętnaście pięter. Długie bure korytarze, dużo "przestrzeni wspólnej", sklepik na dole, malutkie mieszkanka z ciemnymi kuchniami. Jakby zbudowane nie dla ludzi, a dla myszy. Piękne w swej brzydocie. Myślę intensywnie jaki numer miały te drewniane, zielone drzwi wejściowe w bloku za Żelazną Bramą. Otwierałam je i zamykałam każdego grudniowego dnia 2009 roku. 303? 327? Nie pamiętam. Pamiętam, że wiało, bo okna były stare, drewniane, nieuszczelnione. Prusaki też były. Materac na podłodze był. Ale pralki nie było.
Śmiałam się, że mieszkamy w komunistycznym gettcie. Słuchaliśmy Pustek i ich duetu z Nosowską.. Jakoś tak pasowało. Czasem, gdy nie mogłam spać, myślałam o tym co działo się w tym miejscu 70 lat temu. To był senny, bardzo zimny i zaśnieżony, ale szczęśliwy miesiąc. Tylko miesiąc, a mam wrażenie, jakby to był rok.
Chcę wejść do środka. Sprawdzić jaki to był numer drzwi. Uświadamiam sobie, że przez te trzydzieści dni nigdy nie wjechałam na ostatnie, piętnaste piętro. Wchodzę do hallu na dole. Pytam ochroniarza czy mi otworzy. Patrzy na mnie krzywo i mówi, że jak nie mam klucza to wejść nie mogę. Na nic moje tłumaczenia. Nie i już.
Błąkam się wzdłuż Żelaznej i Chłodnej. Robię zdjęcia. Powietrze jest mroźne, zbliża się jesień. Dłonie mam skostniałe, a nie mam rękawiczek. Szukam wspomnień. Dziwię się jak dziwnie wyglądają tu te wielkie stare drzewa. Zastanawiam się czy pamiętają wojnę. To właśnie ci samotni, już niemal bezlistni świadkowie historii są spoiwem tej kulturowo-historycznej mieszanki. Komunistyczne osiedle, stare opuszczone kamienice, mur getta, nowoczesne instalacje, wieżowce ze szkła. A w tym wszystkim, jak w mrowisku, uwijają się ludzie. Panowie w garniturach i staruszki o lasce. Wszystko się dopełnia. To miejsce tak spójne w swej różnorodności. W samym sercu miasta, a jednak spowite jakąś niepojętą tajemnicą. Niedocenione. Obok sieci handlowych znajdują się małe sklepiki i zakłady usługowe pamiętające czasy wojny.
Miałam już wracać, ale moją uwagę przykuł szyld "Usługi Szewskie" i niebieska krata zasunięta do 1/3 wysokości drzwi. Zatrzymałam się. Przechodziłam tędy tyle razy, ale nigdy nie zwróciłam na to miejsce uwagi. Za szklaną witryną przy wielkiej starej maszynie siedział szewc. Szył. Skupiony na swojej pracy. A ja skupiona na patrzeniu. Jego ręce wprawnie przekładały materiał. Nagle podniósł głowę i spojrzał wprost na mnie. Chciałam uciec. Ciekawość była silniejsza i weszłam do środka. Ale to już zupełnie inna historia, która zasługuje na swoją własną opowieść.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz