Zastanawiam się dużo ostatnio nad tym, jak bardzo przewidywalne w nieprzewidywalności jest życie. Ciągłe zmiany, niespodzianki i gwałtowne zwroty akcji. Nigdy się nie spodziewasz tego co się stanie, ale patrząc na wydarzenia z boku, wydaje Ci się, że zakończenie było oczywiste. Jak w jakimś nędznym filmie. Że i tak wszystko do tego zmierzało, że właściwie nie powinno to Ciebie dotykać ani nie powinieneś się przejmować, bo przecież musiałeś wiedzieć, jak to się skończy.
Na razie kończy się 2011. Może to głupie, infantylne dzielić lata na dobre i złe, ale potrzebuję stworzyć sobie samej jakieś ramy czasowe. Zaznaczyć od-do. Skasować ten okres. A że rok się zamyka, potrzebuję zamknąć okres potknięć, sinusoidy łez i śmiechu, szarpaniny wewnętrznej i niezdecydowania emocjonalnego.
Patrząc wstecz zauważam pewną prawidłowość. Ten rok to były wzloty, ostre słowa, regularna cisza, tęsknota, powrót i tak w kółko. Prawidłowość w czasie i przestrzeni jest jeszcze jedna. Każdy grudzień jest okresem zmian, ważnych wydarzeń, skrajnie dobrych lub złych doświadczeń. Grudzień 2008 to początek czegoś zupełnie nowego, świeże uczucia. Grudzień 2009 to start w dorosłość, własne mieszkanie i sroga zima. Grudzień 2010 to zmiany, zawieszenie, czekanie i wyrok, o którym chciałabym zapomnieć. Grudzień 2011? To love&hate realtionship.
Od początku miesiąca powtarzam wszystkim, że moje życie zatoczyło koło. Tak jakby nie było trzech ostatnich lat. Jakby w grudniu 2008 ktoś wcisnął pauzę, życie się zatrzymało, a teraz po prostu leci dalej. Pojawili się znów ludzie, których nie widziałam od trzech lat, byłam w miejscach, w których nie byłam przez ten czas, byłam sama i zadowolona z tego, że jest mi wszystko jedno. Emocje schowane do kieszeni. Zmieniły się konfiguracje, zmieniło otoczenie, ale sam stan trwa nadal. Jestem starsza, bogatsza w doświadczenia, ale startuję z tego samego punktu. Bardzo to dziwne. Pozwoliłam życiu toczyć się dalej, popłynęłam z tym co przynosiły kolejne dni. Aż ostatni tydzień zbił mnie z tropu. Bo powtórzyła się jeszcze jedna sytuacja z 2008 roku, której to się nie spodziewałam. Ale nie poszło gładko, jak z resztą. Bo w tej jednej jedynej sytuacji okazało się, że grudzień 2011, to jednak nie grudzień 2008. Że jednak te trzy lata były, są i mają wpływ na teraźniejszość. Carta Blanca nie istnieje.
Istnieje przeszłość, więzi ,które mimo prób zerwania splatają się na nowo w ciągu kilku chwil. Bliskość, której nie da się oszukać i rany, które trzeba wylizać. Godziny rozmów, szczerych wyznań, potem samotne kołaczące się myśli. Kolejna próba oszukania siebie, by jednak ulec temu co skrywane najgłębiej. Siedząc nad ranem na schodach w wielkim bloku z płyty oparta o barierkę pomyślałam, że nie ma już początków. Alkohol wyparował. Uczucia zostały nagie. Szczere potrzeby. Pragnienia. Trzeba zacząć od środka. Można zacząć od nowa, mając w głowie oczekiwania, mając chęci, ale potrzeb i pragnień nie da się cofnąć. Nie można cofnąć się do stanu, w którym się nigdy nie było. Trzeba mocno się chwycić, przezwyciężyć strach i zrobić krok na przód. Walczyć. Podnieść się i nie rozglądać dookoła. Postępować zgodnie z sercem. Uśpić rozum. Przeżywać życie i nie bronić się przed tym co czyni nas szczęśliwymi. Ono nie daje gwarancji na nic. Więc szkoda marnować jakąkolwiek chwilę na wahanie. Kalkulowanie, mierzenie i czekanie to tylko strata czasu, czynienie siebie i innych mizernym. Może poddawanie się chwili nie jest najbezpieczniejsze, można się poharatać, można znów spasc. Ale wiem, że działając emocjonalnie jest się najszczęśliwszym.
2008 był dorastaniem i zaskoczył mnie zakończeniem.
2009 był zmianą i najlepszym okresem w życiu. Nieustającą euforią.
2010 był trudny, przejściowy, zawieszony pomiędzy dobrym i złym.
2011 może się iść jebać.
2012 niech rozgrzeje mnie .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz