Wake up

W całym tym zamieszaniu, bałaganie związanym ze studiami, mieszkaniem i milionem innych rzeczy, przestałam się śmiać. Życie w biegu, bez chwili dla siebie, bez szans na godzinę relaksu, wyłączenie myślenia.

Letni humor i entuzjazm majowo-czerwcowy ulotnił się. Stres mnie zjadał i odbijał się na ludziach dla mnie najbliższych. Mocno przybita, przytłoczona sytuacją, miotając się w poszukiwaniu rozwiązań, starając się podejmować słuszne decyzje, zapomniałam, że można cieszyć się małymi rzeczami. 

Aż do pewnego poranka, nie tak dawno temu. 

Obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Do tego chrupiący croissant, szklanka soku, musli z bogactwem owoców, jeszcze ciepłe pieczywo, a na nim gruba warstwa lekko stopionego masła. W tle piosenki, których dawno nie słyszałam. Słońce wdzierało się przez ciężkie zasłony do środka. Powietrze  było rześkie. Śniadanie do łóżka. Uśmiechnęłam się. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba - tylko takich poranków. Idealnych.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz