Let it snow

Upadam na plecy, mocno obijając sobie kość ogonową i wykręcając nadgarstek lewej ręki, który od wczoraj jest siny i opuchnięty. Podnoszę się wsparta na łokciach i odwracam twarz do słońca. Promienie oślepiają, mrużę oczy, by przyjrzeć się ośnieżonym szczytom na horyzoncie. Kładę się i zamykam powieki. Przepływa przeze mnie fala gorąca, a chwilę potem wzdrygam się z zimna. Rękoma, całkiem nieświadomie, zataczam kółeczka na śniegu. W słuchawkach Jens Lekman. Uśmiecham się. Do oczu napływają łzy. Nie wiem czy to ze szczęścia, ze smutku, a może po prostu łzawią od zimna. Policzki pieką, gdy wiatr smaga mi twarz i rozwiewa włosy. Doskonale tracę czas, jak w piosence Kobiet. Nie myślę o niczym konkretnym. Uciekłam od warszawskiej rzeczywistości. Od wspomnień, miejsc i ludzi. Od tego co znam, co było moją codziennością, od tego czego już nie ma. Uciekam w zmęczenie, ból, wyczerpanie. Z każdym upadkiem, gdy ciało boli coraz bardziej, czuję jak ulatuje ze mnie żal. Zbyt długo stałam w miejscu, zbyt długo klęczałam na kolanach, zbyt wiele razy płakałam z bólu. Podnoszę się i jeszcze niepewnie wstaję na nogi. Pod stopami mam śnieg,serce drży, ale nie ma we mnie strachu. Wiem, że muszę spojrzeć przed siebie i pozbyć się zahamowań. Zsuwam się w dół, śnieg pod deską chrzęści, pęd powietrza plącze mi włosy. Śmieję się. Głośno, pierwszy raz od tygodni szczerze. Nie czuję się słaba, choć mięśnie, od miesięcy zastałe, drżą z wysiłku. Z każdym kolejnym udanym skrętem zalewa mnie fala satysfakcji. Nie czułam się tak wolna od miesięcy. Wolna od uczuć. Dumna z samej siebie. Nie wiem jeszcze co mnie czeka. Nie wiem czego chcę, gdzie należę. Wiem, że to początek drogi, że gdy minie zmęczenie i ból mięśni, znów zabraknie mi tchu. Ale teraz oddycham pełną piersią. Jadę, wyzbyta wszelkich zahamowań. Wciągam mroźne powietrze do płuc, głęboko. Czuję jak piekące igiełki zimna rozlewają się po klatce piersiowej. Każdy ruch boli, całe ciało buntuje się. Każda komórka mojego organizmu wyje z bólu, próbując zmusić mnie do odpoczynku. Do poddania się. Ja przeciwko sobie samej. Nierówna walka, którą wygrywam. To ja tu dyktuję warunki. Liczy się tylko ruch. Nie mogę stać w miejscu, nie mogę już się cofnąć, nie mogę oglądać się za siebie. Z głową uniesioną wysoko patrzę na wprost. Niewiele widzę oślepiona słońcem. Nie martwię się jednak, bo liczy się tylko to, że tu i teraz posuwam się do przodu. Przełamałam się, pokonałam strach, zostawiłam wszystko za sobą. I tak niewiele mi potrzeba teraz do szczęścia.

Tydzień temu wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się podnieść. Że będę upadać, że zatrzymam się w miejscu i nic ekscytującego już mnie nie czeka. Wychylam się lekko do tyłu, rozbryzgując śnieg dookoła zatrzymuję się. Tydzień temu chciałam zakopać się pod kołdrą i już nigdy nie wychodzić z łóżka. Teraz stoję na ośnieżonym stoku, z deską na nogach i śmieję się do słońca. W tej chwili czuję, że mogę wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz